All for Joomla All for Webmasters

2



Cześć

Pierwsi ludzie, którzy zawędrują na tego bloga, znają mnie najpewniej z perspektywy mojego konta na Instagramie, gdzie kilka miesięcy temu zaczęłam publikować zdjęcia mieszkania, które wyremontowaliśmy własnymi siłami razem z moim narzeczonym, Jurkiem. Decyzję o rozszerzeniu tematów publikowanych przeze mnie zdjęć i treści podjęłam jakiś czas temu i dziś udało mi się to zrealizować.

Jakaś mała część z Was być może będzie pamiętała, że właściwie przez całe swoje świadome życie prowadziłam blogi. Pierwszy założyłam, gdy miałam 12 lat, potem prowadziłam kolejny, kolejny i kolejny. Były to głównie fotoblogi, gdzie zdecydowanie więcej niż pisać, wrzucałam zdjęcia. Tak samo jak blogi, fotografia towarzyszy mi od bardzo długiego czasu –  pierwsze analogi zaczęłam wykonywać, gdy miałam 13 lat, ucząc się wszystkiego sama od podstaw na starym Zenicie za 20 zł z poznańskiego targu staroci. Był to aparat całkowicie manualny, bez krzty elektroniki w środku, która w aparatach jest po to, by ułatwić wykonywanie zdjęć. Wychodziły więc prześwietlone, nieostre, zwyczajnie słabe i nieciekawe. Dzięki temu nauczyłam się jednak podstaw fotografii. Miałam taką tradycję, że wykorzystywałam jeden film na miesiąc, dzieląc 36 klatek na 30 dni miesiąca i fotografując jedynie to, co dla mnie ważne. Zazwyczaj były to momenty, które poruszyły mnie emocjonalnie i chciałam zostawić je w pamięci.  Uwieczniając je na fotografii, zostawały ze mną na zawsze. Do dziś, gdy oglądam moje bardzo stare zdjęcia, czuję to samo, co czułam wtedy. Robiłam je systematycznie przez lata, prowadziłam na każdym swoim kolejnym blogu swoisty wizualny pamiętnik-miesięcznik swoich stanów emocjonalnych i przeżyć.

Te zdjęcia wyrobiły we mnie przeogromną miłośc do fotografii analogowej. Tak nieopisaną, że za każdym razem wyjeżdżając w podróż zabieram ze sobą właśnie analoga – zdjęcia z niego mają dla mnie o wiele większą wartość, niż te wykonane aparatem cyfrowym. Sami pomyślcie – cyfrą można zrobić tysiące zdjęć jednego ujęcia, aż wyjdzie to jedno idealne. Obrobić je potem w Photoshopie, przesunąć wszystkie suwaki w Lightroomie i stworzyć z niego nieprawdziwy twór, jakim jest „idealne zdjęcie”, całkowicie przerobione. W fotografii analogowej jest to niemożliwe. Przede wszystkim nie widzisz efektu zdjęcia, które zrobiłeś – zobaczysz je dopiero po wywołaniu filmu. Wszystko trzeba robić „na czuja”, wiedzieć czy zdjęcie wyjdzie, czy nie, czy trzeba poświęcić temu ujęciu jeszcze jedną klatkę, a masz ich przecież tylko 36 albo 24. Trzeba planować, wiedzieć ile ma się zdjęć na określoną ilośc czasu. A przy okazji właściwie wszystko może pójść nie tak – film może się nie nawinąć (raz mi się tak zdarzyło, nie uwieczniło się żadne zdjęcie na kliszy), skończony film może się zalać/zgubić/zniszczyć (kiedyś podczas wyjazdu okradli nam samochód, w którym były nasze plecaki, a w nich 8 skończonych filmów, a aparat miałam przy sobie) aparat może się zwyczajnie popsuć (analogi to trochę starsze dzieje), niespodziewanie wyładuje się bateria i nie naładujesz jej w ładowarce. Skończą Ci się filmy – nie zrobisz więcej zdjęć, bo nie zgrasz ich z karty na laptopa, żeby zrobić miejsce na nowe.

Właśnie dlatego tak je kocham. Każde zdjęcie, które się uda, stanowi dla mnie największy skarb, zapis chwili, którą uznałam godną uwiecznienia na kliszy. Mają dla mnie ogromny ładunek emocjonalny i są najlepszym zapisem wspomnień. Czasem robię zdjęcie i zapominam o nim, potem miło mnie zaskakuje, gdy przynoszę wywołany i zeskanowany film do domu. Jest to zawsze ekscytacja pomieszana z lekkim strachem, że praca i włożone serce mogły pójśc na marne. Dlatego nie ma dla mnie lepszego uczucia, kiedy wracam od fotografa, wpinam pendrive’a ze zdjęciami, robię szybki pierwszy przegląd i widzę, że wszystkie są, że żadne się nie zniszczyło przez jakiś błąd, którego nie mogłam zawczasu sprawdzić. Nie ma dla mnie cudowniejszego uczucia. Zawsze mówię tę jedną frazę – „Nie mogę się doczekać, aż zobaczę zdjęcia z wyjazdu.” I jeszcze nigdy mnie nie zawiodły. Przepalone, nieostre, trochę rozmazane, oraz te doskonałe, takie jak chciałam, i te które mnie zaskakuję, bo są lepsze, niż myślałam, że będą. Kocham je wszystkie. W każdym z nich jest cząstka mnie i mojego serca.

I przede wszystkim to właśnie je chcę Wam tutaj pokazać. Kto wie, może uda mi się kogoś z Was zarazić moją miłością do tego rodzaju fotografii. Będą oczywiście wnętrza, będą inne rzeczy 🙂 O tym niedługo! Narazie zapraszam Was na trzy wpisy, które przygotowałam na start. Zlepek momentów złapanych na jednym filmie z końca lata; październikową weekendową wycieczkę do Pragi oraz zimowy wyjazd do Zakopanego.

Mam nadzieję, że moje analogi będą się Wam podobać. Ja kocham je całym moim sercem.

Zapraszam! 🙂

Podobne wpisy

2 komentarze  

  • Reply
    Wanda
    Luty 5, 2018 at 10:44 am

    ciesze się, że znajdujesz czas na pisanie bloga…

  • Reply
    Matylda Jasmin
    Luty 5, 2018 at 11:43 am

    trafiłam tu dzięki cotygodniowym inspiracjom Tekstualnej. I jakże się cieszę. W instagramowym świecie strasznie drażni mnie cyfra. Dodawanie filtrów do każdego zdjęcia robionego telefonem. Moje zdjęcia, na insta są często telefonem robione, jednak nie upiększam ich (poza paroma, na których jestem ja – uczę się jednak samoakceptacji i liczę, że i to robić przestanę. Mam Zenith’a z obiektywami, statywem, kiedyś używałam. Teraz się boję;-) Coraz bliższa jestem jednak spróbowania, bo chcę pamiętać. Pozdrawiam.
    Matylda

  • Napisz komentarz

    Top