All for Joomla All for Webmasters



Marrakesz, część 2

Ulice Marrakeszu tętnią życiem, z każdą godziną zapełniając się coraz większą ilością ludzi. Punk kulminacyjny nadchodzi wieczorem, gdy w ciasnych alejkach poruszasz się razem z tłumem dosłownie już żółwim tępem. Pilnując, by ktoś nie wsadził ci ręki do kieszeni (zdarzyło się!). Do tego, na każdym kroku ktoś czegoś od ciebie chce – albo coś wcisnąć, zaciągnąć do swojego sklepu, do sklepu brata czy kuzyna, albo niby to bezinteresownie wskazać drogę, mimo że wcale o to nie prosiliście. Na koniec zawsze chcą pieniędzy. Na dłuższą metę to męczące. Ilość bodźców potrafi przytłoczyć, a różnica po przekroczeniu progu własnego riadu jest jak niebo a ziemia, szczególnie po całym dniu spędzonym na mieście. Uwielbiam obserwować życie ulicy – to tam chcę spędzać jak najwięcej czasu, gdziekolwiek się wybieram. Ulice tego miasta zapemiętam na zawsze. W Marrakeszu jednymi z najwspanialszych odskoczni od zgiełku, są pałace i ogrody.

To Pałac Bahia, który zrobił na nas ogromne wrażenie przede wszystkim swoją przestrzenią. Wszystko w medynie Marrakeszu jest bardzo wręcz ciasne – wąskie i ściśnięte.

Pierwszy raz miałam okazje oglądać słynne marokańskie kafle w bardziej bogatej formie i muszę przyznać, że podobały mi się ogromnie 🙂 #ihavethisthingwithfloors, anyone?

Architektura tego pałacu to jest coś absolutnie zachwycającego, ilośc drobnych detali na każdym kroku powala, a intensywne kolory tylko dodają do efektu. I wszędzie te przepiękne kafle… Cudo! Mogłabym mieszkać 😉  Szczególnie ze względu na niejedno patio z ogrodami.

Analogowe czary, czasem tak się zdarza.

Taki tam ogród w domu

Chciałam zrobić zdjęcie sporej grupie japońskich turystów fotografujących tę piękną część z ogrodami z początku wpisu, a wraz z nimi dwie dziewczyny fotografujące siebie w bardzo instagramowych pozach. Kto czytał mój wpis z Pragi ten wie, że lubię to robić. Niestety los mnie za to pokarał, bo dokładnie w tym momencie popsuł mi się obiektyw…

Tu przesiedzieliśmy ze dwie godziny próbując go naprawić.

I przypadkowe zdjęcia z pierwszych prób uruchomienia go z powrotem. To zdecydowanie mój ulubiony obiektyw, bardzo stara Sigma 28mm F1.8, a jeszcze sporo dni wycieczki było przed nami – można więc wyobrazić sobie mój stres. Zepsuł mu się kompletnie autofokus, ale w taki sposób, że aparat nie odpowiadał na zrobienie zdjęcia nawet w trybie manualnym. Niestety, analogowa fotografia, to starszy sprzęt.

Jurkowi na szczęście udało się uruchomić obiektyw „na patent” i od tej pory fotografowałam wszystko ostrząc ręcznie. Autofocus to tylko wygoda, bardzo potrzebna do szybkiej fotografii scen ulicznych, ale lepszy manual niż nic. Poza tym, przed zdobyciem tego aparatu, wszystko robiłam zawsze ręcznie. Dlatego też warto uczyć się na gorszych sprzętach, zanim przejdzie się do czegoś bardziej profesjonalnego, by umieć radzić sobie w takich sytuacjach. Przy okazji, naprawy mojego analoga są standardowym punktem naszych wycieczek 😉 Na szczęście Jurek ma złote ręce. Po powrocie udało mu się naprawić obiektyw i autofocus w całości, zamienił pękniętą zębatkę na.. kawałek gumki do mazania z ołówka 🙂

Wracamy na ulicę..

 

Typowy widok w Marrakeszu. Gdy odejdzie się trochę dalej od głównego placu, Jemaa el-Fna – pojawiają się budynki w kompletnej rozsypce.

Nasza uliczka.

I nasz mały pokój w riadzie.

Czerwone miasto

Piękne kafle kryją się wszędzie, nawet gdy ktoś zestawia je z tak brzydkimi

Wielka pusta przestrzeń na google maps zamiast parkiem, okazała się być niesamowitym żydowskim cmentarzem. Chodzimy sobie często na pół-oślep, zdala od największych turystycznych szlaków.

 

Widok na plac Jemaa el-Fna, z jednej z typowo turystycznych restauracji z tarasem na dachu. Ten wysoki budynek po prawej to meczet, z którego głośników pięć razy dziennie na cały regulator (i tak w całym mieście z innych miejsc również) wyśpiewywana jest muzułmańska modlitwa. To nawoływanie do modlitwy nazywa się Adhan i robi piorunujące wrażenie, szczególnie gdy z początku nie wie się o co chodzi i słyszy coś brzmiące jak syreny alarmowe, a po chwili klaruje się z tego „Allahu Akbar”.

Następnego dnia, zachwyceni pałacem i panującym tam spokojem, postanowiliśmy zwiedzić inne ogrody w medynie.

Cafe France przy głównym placu – polecam to miejsce, jedno z niewielu gdzie nie chcieli nas orżnąć 😉

Trafiliśmy do miejsca o wdzięcznej nazwie Jardin Secret.

Jeden z niewielu budynków w innym kolorze, niż czerwony.

I na koniec trochę ulicy dla kontrastu, bo taki właśnie jest Marrakesz – niesamowicie kontrastowy na każdym kroku. Myślę, że zdjęcia to dobrze oddają 🙂

Tu nie pamiętam z czego byłam taka zadowolona, ale za to mam zdjęcie na tle sklepu z ciuchami 😉

Zdjęcia wykonałam na filmie Agfa Vista Plus 200.

Jak Wam się podobają zdjęcia? 🙂 Dajcie znać w komentarzu, będzie mi bardzo miło!

  NAPISZ KOMENTARZ

Napisz komentarz

Top